czwartek, 21 sierpnia 2014

#4 Wiem, że się nie poddam, nawet kiedy się wywracam




- Co robisz? - zapytałem, podchodząc do dziewczyny.
- Przeglądam swoje stare prace. - rzekła smutno, ale przesunęła się nieco w bok, robiąc mi miejsce. Zdziwiła mnie Jej nagła chęć do spędzania wspólnie czasu. Nie czekając jednak dłużej, usiadłem obok i wpatrzyłem się w przedstawiane przez Nią obrazy.
Widziałem trud włożony w każde przyłożenie ołówka, a im dalej przewijała, tym lepiej można było go dostrzec. Wiele z nich było powyginanych, niekiedy zgiętych w pół, a nawet oblanych kawą. Mimo tego każda z ilustracji wywierała na mnie ogromne wrażenie.
Tematyka prac była przeróżna, poczynając na jasnych krajobrazach, przez martwą naturę, kończąc na portretach. Właśnie one przyciągnęły najbardziej moją uwagę.
Pierwszy z nich przedstawiał dorosłą kobietę. Starannie ułożone ciemne włosy sięgały jej do karku, a na twarzy gościł uśmiech. Znałem te oczy, najpiękniejsze oczy na świecie: Jej błyszczące, zielone oczy.
- To twoja mama?
- Tak. - uśmiechnęła się. - Zrobiłam to jak miałam 15 lat. Niedługo po tym zmarła, a wraz z nią mój ojciec.
Wiem, przecież doskonale pamiętam moment, w którym mi o tym mówiłaś...*
- Przykro mi. - powiedziałem cicho.
- Najwidoczniej tak musiało być. - wzruszyła ramionami i kontynuowała przegląd.
Większość postaci była mi znana; między innymi znalazłem młodego Konara, jej brata, ciotkę, którą spotkałem na weselu Dawida...
W pewnym momencie zamarłem. Kiedy przewijała kartkę, zauważyłam ciemną postać. Widząc w pełni tą twarz, bez problemu ją rozpoznałem. Ten lekceważący uśmiech, dzikie spojrzenie... Dokładnie takie widziałem dawniej w jej pokoju na zdjęciu z Olkiem...
- Mogę? - nie czekając na odpowiedź, wyrwałem z jej rąk szkicownik. Krótką chwilę udawałem, że przyglądam się pracy, odwracając ją od Niej. - Masz prawdziwy talent.
Patrząc na nią, przewróciłem kartkę na następną i ustawiłem wszystko tak, jak było. Udało się, nie zauważyła zmiany, a na Jej twarz wstąpiło zarówno zdziwienie, jak i uśmiech.
Odwróciłem głowę i w grafitowych odcieniach ujrzałem... siebie.
Siedziałem na fotelu w ich mieszkaniu w Bydgoszczy, czytając książkę. Niesamowity był sposób, w jaki oddała moje skupienie na lekturze. Każdy fragment był idealnie wykończony, tak jakby spędziła przy tym ogrom czasu.**
- Pamiętasz to? - zapytałem, spoglądają na Nią.
- Nie do końca. - zmarszczyła brwi. - To było zapewne któregoś z tych wiosennych dni, kiedy byłeś u nas.
- Też tak podejrzewam. - uśmiechnąłem się, a ona była widocznie zakłopotana. Nabrała dużo powietrza w płuca.
- Rysuję wielu ludzi. - wyjaśniała. - Mój wykładowca był wymagający i za każdym razem chciał, żebyśmy pokazywali mu kogoś nowego...
- Jasne, rozumiem. - odpowiedziałem, nie przestając wyginać usta.
- Nie śmiej się ze mnie! - oburzyła się, odsuwając się nieco w tył. Nawet ze złością wypisaną na twarzy zdawała mi się najpiękniejszą osobą na świecie.
- Przecież tylko się uśmiechnąłem. - uniosłem ręce w górę. - Widziałem przecież wiele osób w twoim szkicowniku, wierzę ci.
- Nie kłam. - zmrużyła oczy.
- Miałbym kłamać?! - żachnąłem się, z trudem hamując śmiech. - Brzydzę się kłamstwem!
- Uważaj, bo ci uwierzę. - uniosła jedną brew w górę.
Przysunąłem się do niej, jednocześnie spoglądając jej głęboko w oczy.
- Twój wykładowca był bardzo wymagający. - mówiłem spokojnie. - To zrozumiałe.
Dziewczyna zamrugała dosyć szybko i zatrzymała w płucach powietrze.
Mogłem dokładnie przyjrzeć się Jej twarzy; tak pięknej i cudownej jak kiedyś. Pełne, jasnoróżowe usta były półotwarte. Na bladej cerze zauważyłem ledwo widoczne zaróżowienia na policzkach, a w oczach... W cudnych, zielonych oczach skrywała się ciekawość, a zarazem strach i tajemnica, którą chciałem poznać.
- Masz... piękne oczy. - odezwałem się, a ona uśmiechnęła się lekko.
- Dziękuję. - spuściła wzrok. - Ty też.
Tego się nie spodziewałem. W moim brzuchu po raz pierwszy od dłuższego czasu odezwały się motyle, znów dzięki Niej...
Już dobrze wiedziałem, że było warto czekać pół roku, by Ją ujrzeć.




Jego oczy zdawały się wpatrywać we mnie bez ustanku. Nie byłoby w tym niczego dziwnego; w końcu się do tego przyzwyczaiłam. Pierwszy raz jednak od mojego przybycia do Bełchatowa, ten wzrok mi nie przeszkadzał.
Odkryłam, że to wszystko, co mówili w szpitalu jest prawdą: ludzie są wspaniali, tak jak całe życie.
W czasie moich dwudziestu kilku lat życia spotkało mnie mnóstwo dobrego i powinnam to docenić.
Dlaczego nagle to dostrzegłam? Cóż, spacer po Bełchatowie dał mi dłuższą chwilę na przemyślenia.
Idąc ulicami spotykałam wiele ludzi. Większość z nich spieszyła się do pracy lub szkoły, nie zwracając na mnie uwagi. Jednak po kilkunastu minutach chodu, zauważyłam idącą naprzeciw starszą kobietę. Miała ze sobą na smyczy psa, a na twarzy uśmiech. Odwzajemniłam go niepewnie, a ta odezwała się do mnie: "uśmiechaj się częściej, nieźle ci to wychodzi". Zdziwiona dopiero po chwili zorientowałam się, że staruszka jest już daleko za mną.
Wzięłam sobie jej słowa do serca i z uśmiechem na ustach szłam przed siebie, zarażając nim innych.
Właśnie wtedy zrozumiałam, że ludzie są pięknymi istotami i nie mogę być sceptycznie nastawiona na wszystko, co z nimi związane.
Dlatego siedziałam w tym momencie obok Andrzeja, patrząc mu w oczy.
- Jak ci minął dzień? - zapytałam, przerywając ciszę.
- W sumie tak jak zawsze. - wzruszył ramionami. - Trening, obiad z Karolem i Zatim, zamiana strojów w domu, zabranie Kłosa z jego mieszkania, kolejny trening. Tak to wygląda od jakiegoś czasu. - skończył i wziął głęboki oddech. - A ty, spędziłaś cały dzień na zwiedzaniu?
- Tak. - odpowiedziałam krótko, po czym od razu zmieniłam temat: - Karol to twój dobry przyjaciel, prawda?
- Przyjaźnimy się od kiedy pamiętam - uśmiechnął się pod nosem. - i do teraz nie wiem dlaczego tak jest.
- Bo jesteście sobie potrzebni. - powiedziałam cicho.
- Masz rację. - przyznał. - A ty, wspominałaś o jakiejś Kindze, zgadza się? - kiwnęłam głową. - Kim ona jest?
- Och, Kinga jest delikatną, kruchą dziewczyną ze szpitala. Spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. To jej, poza Bronkiewiczem, ufałam najbardziej przez ten czas. Trafiła tam przez próbę samobójczą, ale gdy wychodziłam, była już w bardzo dobrym stanie. Byłam z niej bardzo dumna, gdy przestała rozdrapywać zaschłe rany na gardle i opowiedziała o problemach swojej terapeutce.
- Czyli jej pomogłaś?
- W pewnym sensie tak, choć najwięcej zrobili dla niej lekarze.
- Mimo wszystko na pewno jest ci za to wdzięczna. - powiedział.
Uśmiechnęłam się do niego, nie do końca rozumiejąc, z jakiego powodu za każdym razem mówi o mnie jak najlepiej.
Kiedy wspomniałam o Kindze, pomyślałam też o moim terapeucie; obiecałam mu, że będę się do niego odzywać...
- Może chciałabyś ze mną obejrzeć film albo...
- Pewnie. - odrzekłam, obiecując sobie, że zadzwonię już niedługo. Wstaliśmy i skierowałam się za nim do salonu. Byłam tu chyba pierwszy raz od mojego przyjazdu.
Już po chwili oglądaliśmy początek jakiegoś filmu. Pierwsze kadry ukazywały głównego bohatera, gdy Wrona odezwał się:
- Wiesz, dziś na treningu rozmawiałem na treningu z niektórymi o wczorajszym wieczorze. - wyznał.
- Podobało im się?
- Tak, oczywiście. - odpowiedział spokojnie. - Mówili też o tobie.
- Och, serio? - zdziwiłam się, a mój brzuch zrobił nieprzyjemnego fikołka.
- Tak. - odpowiedział. - I mimo tego,że niewiele się odzywałaś, polubili cię.
- Jak to? Przecież miałam wrażenie, że mnie nie znoszą.
- Tylko ci się wydawało. - mówił. - Karol zapytał nawet, czy wyszlibyśmy razem z nim i... Olą. - powiedział, po czym szybko dodał" - ale myślę, że na dzisiaj starczy ci chodzenia, prawda?
- Tak, nie mam już ochoty nigdzie wychodzić.
- Dlatego zostaliśmy tutaj. - uśmiechnął się.
Wróciliśmy do oglądania filmu, zupełnie nie wiedząc już, o czym jest. Nie widziałam już sensu w oglądaniu go.
- Powiedz, będąc w szpitalu, słuchałaś muzyki?
- Czasem coś nam puszczali w celach terapii, ale nie przepadam za klasyką.
- Nie tęskniłaś za swoją muzyką?
- Na początku tak - wyznałam.- ale miałam tyle zajęć, że właściwie nawet zapomniałam, czego słuchałam niedawno.
- Już rozumiem. - Powiedział cicho. - Chcesz czegoś posłuchać?
- A czego słuchałam przed pójściem do szpitala?
Mężczyzna bez słowa wstał i włożył do odtwarzacza jakąś płytę. Po chwili z głośników popłynęła muzyka.
- Myslovitz. - powiedział i z powrotem usiadł na sofie.
Wsłuchiwałam się w wyjątkowo znajomy mi głos. Znałam tę piosenkę, znałam każde jej słowo, wyśpiewywane przez wokalistę...
Widząc zdziwienie na mojej twarzy, Andrzej zaśmiał się pod nosem.
- Skąd znam ten zespół? Dawniej słuchałam innej muzyki. - zwróciłam się do niego.
- Słuchaliśmy go razem.
Sam fakt, że czegoś słuchaliśmy kojarzyłam, ale nic poza tym.
- Ta była twoją ulubioną piosenką. - rzekł, gdy z głośników wypłynęła inna, spokojniejsza melodia. - "Gadające głowy 80 06"
Wsłuchiwałam się  w słowa, które były równie piękne, co dźwięki instrumentów.
- Wciąż mi się podoba. - wyznałam, a on spojrzał na mnie lekko zmrużonymi oczyma. Nie zauważyłam w nich jednak ani trochę złości, a wręcz przeciwnie - spokój i zamyślenie.
- Tak, mi też. - powiedział. - Nawet nie wiesz jak bardzo.
Odwróciłam speszona wzrok.
- Dlaczego chciałeś, żebym u ciebie była? - zapytałam.
- Sam nie wiem. - odpowiedział spokojnie. - Chyba chciałem, żeby nasza... znajomość znów zaistniała.
- Chyba naprawdę mnie lubiłeś. - zaśmiałam się.
- Wciąż cię lubię. - powiedział poważnie. - I do teraz ciężko mi uwierzyć, że jesteś tu, ze mną.
Spojrzałam na niego, nieco zdziwiona. Nie żartował
- Ja ciebie też. - powiedziałam, uśmiechając się. - Jesteś dla mnie za dobry, żebym mogła cię nie lubić.
- Dzięki. - mruknął i wywrócił teatralnie oczyma, tracąc przy tym całą powagę.
- Mogłabym iść pogadać z Dawidem? spytałam, bo odejście w trakcie rozmowy bez słowa byłoby niezbyt miłe.
- Pewnie. - odpowiedział. - Możesz go ode mnie pozdrowić?
Kiwnęłam głową i poszłam do swojego pokoju.
Odłączyłam telefon od ładowarki i wybrałam numer mojego kuzyna.
- Halo? - odezwał się głos po drugiej stronie.
- To ja. - powiedziałam.
- Cześć, co u ciebie? - zapytał
Opowiedziałam mu, co robiłam przez cały dzień, a on słuchał tego w ciszy.
- Ach, masz pozdrowienia od Andrzeja. - powiedziałam na końcu.
- Od Andrzeja? - zdziwił się.
Tak, przed chwilą rozmawialiśmy.
- I jak?
- Dobrze, dogadujemy się. Zapamiętałam go zupełnie inaczej, niż jest naprawdę.
- Jest lepiej niż podejrzewałaś?
- Zdecydowanie. - uśmiechnęłam się.
- W takim razem wracaj do niego. Muszę iść, Ania mnie potrzebuje. Dobranoc.
- Dobranoc. - powiedziałam, po czym się rozłączył.
Siedziałam jeszcze przez chwilę, w ręku ściskając telefon. Przejechałam kciukiem po jego ekranie.
Naprawdę go polubiłam. Zastępował mi Dawida, ale na pierwszy rzut oka można było dostrzec różnicę między nimi. Dawid był stanowczy, potrafił mnie opieprzyć za jakąś złą decyzję, co często przeradzało się w kłótnie. Jednakże często pomagał mi, motywował do działania. Andrzej ani razu nie miał mi niczego za złe. Zwracał się do mnie tak, by mnie nie zranić. No i chciał mnie wszędzie ze sobą zabierać, podczas gdy Dawid wolał wychodzić jedynie z Anią.
Wrona był dla mnie po prostu kochany.
Odłożyłam telefon i postanowiłam zrobić to, co zalecał mi kuzyn. Po drodze spojrzałam w lustro, przy którym poprawiłam nieco włosy i odetchnęłam głęboko.
Poszłam prosto do salonu, w którym spędziliśmy resztę wieczoru.




----------------------------------------------------------------------
Odwołanie do rozdziałów:
*10. W końcu nic nie jest pewne, a ludziom nie można ufać. (prawie na końcu jest wypowiedź Nel odnośnie śmierci jej matki.)
**16. Czułam jakby jakaś niewidzialna siła zaciągała mnie tam, gdzie był on.
czuję się tak profesjonalnie xD


Hej, hej!
Nie było mnie tu jakiś czas, fakt. Ale chyba szybciej niż ostatnio, prawda? :D

Jak Wam minęły wakacje? :>
Niestety, patrząc na kalendarz nie da się nie zauważyć nadchodzącego września... Ktoś boi się go tak jak ja? ;__;

Napisałabym tu o "Drużynie" lub co myślę o nieobecności Kurka na MŚ, ale myślę, że już się naczytałyście na te tematy, więc oszczędzę trochę moją klawiaturę. :D

O ile pozwoli mi na to szkoła, postaram się tu niedługo pojawić.
Jeśli macie jakieś pytania, zapraszam *ask*

Pozdrawiam, Misu :)

piątek, 25 lipca 2014

#3 Zaczekaj na mnie, udowodnię Ci, że warto.




Ludzie potrafią obdarzyć nienawiścią praktycznie wszystko: psa sąsiada, biegające dzieci czy choćby pomocną dłoń drugiego człowieka. Istnieje jednak pewien odgłos, którego nie trawią wszyscy znani mi ludzie: dźwięk porannego budzika.
Otworzyłem leniwie oczy i wyłączyłem drażniący alarm, po czym jednak zasłoniłem je przedramionami . Sobotnie treningi nigdy nie przychodziły mi z łatwością. Odsłoniłem twarz i wstałem z łóżka. Przeciągnąłem się leniwie i ruszyłem ku kuchni.
Kiedy, ziewając, wchodziłem do pomieszczenia, na moment stanąłem jak wryty.
Siedziała na drewnianym krześle z lekko pochyloną głową. Dłonie spoczywały splecione na udach, a czubki palców u stóp dotykały lekko brązowych płytek.
Wyglądała jak postać ze snu; brązowe lekko kręcące się włosy układały się na lewym ramieniu, oczy miała przymknięte. Ubrana była w czerwoną, luźną koszulkę na szerokich ramiączkach  i krótkie, jeansowe spodenki. Jej blada cera wydawała mi się jeszcze bledsza, a usta czerwieńsze niż zwykle. Sprawiała wrażenie kruchej, bojaźliwej istotki.
 Usłyszawszy, że ktoś się zbliża, spojrzała w górę, a na mój widok uniosła lekko jeden kącik ust. Zastanawiałem się, czy powinienem podejść, czy może nie, a w końcu zdecydowałem się na włączenie ekspresu do kawy.
- I jak, wyspałaś się? - odezwałem się nasypując brązowego proszku do sprzętu.
- Tak, bardzo szybko usnęłam. - odpowiedziała, wodząc dłuższą chwilę wzrokiem po stole. - A ty?
- Też. - wyłożyłem na stół wszystko, czego można było użyć do śniadania, po czym oparłem się o blat i czekałem na kawę. - Dawno wstałaś?
- Tak, jakiś czas temu, ale nie patrzyłam na zegarek. - patrzyła na mnie z poważnym wyrazem twarzy. - Którą mamy godzinę?
- Siódmą. - odpowiedziałem, zalewając dwa kubki czarnym napojem. Jeden z nich postawiłem przed nią, a drugi wziąłem w dłonie i usiadłem naprzeciw niej. Zacząłem przygotowywać sobie jedzenie, a ona patrzyła tylko na moje ruchy. - Nie jesz?
- Nie mam ochoty.
- Powinnaś coś zjeść. - podałem jej świeżo zrobioną kanapkę.
- No dobrze. - chwyciła ją w drobne dłonie i po chwili z grymasem ją ugryzła. Nie potrafiłem się nie uśmiechnąć, a ona od razu to zauważyła. - Zrobiłam coś nie tak?
- Nie, wszystko jest w porządku! - uniosłem dłonie w górę.
- W takim razie co cię śmieszy? - ściągnęła brwi.
- Nic mnie nie śmieszy. - mówiłem, patrząc jej w oczy. - Po prostu cieszę się, że tu jesteś.
Kiwnęła tylko głową i kontynuowała jedzenie, a między nami zapadła cisza.
Gdy oboje kończyliśmy śniadanie, odezwałem się:
- Masz jakieś plany na dziś?
- Chciałam zobaczyć miasto. - powiedziała. - A ty?
- Poza treningami żadnych.
- To musi być ciężkie, prawda?
- Treningi?
- Wszystko. Cały czas musicie być w formie,  wygrywać spotkania, podróżować... Nie wyobrażam sobie tego.
- Każdy zawód wymaga poświęceń. - powiedziałem upijając ostatni łyk kawy. - Podwieźć cię gdzieś?
- Pojadę tylko z tobą. - mruknęła, po czym wstała. Zrobiłem to samo i zacząłem sprzątać ze stołu.
Dziewczyna zaczęła zgarniać wszystko ze mną, lecz szybko wyjąłem Jej z rąk talerze.
Zaległa między nami męcząca cisza.
- Od razu chcesz się wybrać na miasto? - zagaiłem.
- A co w tym złego?
- No wiesz, myślałem, że będziesz chciała się najpierw tu zadomowić.
- Chcę się tylko nieco rozejrzeć, raczej nie będę długo.
- W porządku. - mruknąłem. - Może potrzebujesz czegoś?
- Chcę tylko porozmawiać z Dawidem. - powiedziała.
- Czyli mam cię zostawić samą, tak?
- Gdybyś mógł... - uśmiechnęła się lekko. - Byłabym wdzięczna.
Nie podobał mi się ten pomysł. Konar wiedział coś więcej niż ja, coś ważnego...
- Pewnie, nie będę przeszkadzał. - odwzajemniłem wygięcie warg i wyszedłem z pomieszczenia.
Wszedłem do łazienki i opłukałem twarz zimną wodą, po czym spojrzałem w swoje odbicie w lustrze. Odetchnąłem ciężko.
Od mojego przyjazdu do Bełchatowa minął mniej więcej miesiąc. Pierwszego dnia, gdy wszedłem do tego, pustego w ten czas, mieszkania, pomyślałem o Niej; o Jej pięknym uśmiechu, wiecznie zimnych dłoniach, rubinowych włosach... Myśl o niej towarzyszyła mi cały czas, aż do teraz, kiedy to znajduje się tuż za ścianą.
Nie tak jednak wyobrażałem sobie Jej pobyt. W głębi duszy liczyłem na to, że będzie jak dawniej. Miałem nadzieję, że znów będziemy mogli spędzać razem czas, nie czując upływu czasu, wspólnie spacerować w nieznanym nam kierunku... A Ona nawet dobrze mnie nie pamiętała...
Osuszyłem ręcznikiem twarz i poszedłem do siebie, gdzie przebrałem się i spakowałem na trening. Będąc już gotowy, położyłem torbę przy wyjściu i schowałem kluczyki od samochodu do kieszeni.
- Andrzej? - odezwał się głos z Jej pokoju, do którego od razu ruszyłem. Zastałem Ją siedzącą na brzegu łóżka.
- Tak?
- Byłeś dziś w moim pokoju?
- Nie. - zmarszczyłem brwi. - Dlaczego pytasz?
Uniosła dłoń, w której znajdowała się klasyczna, stara Nokia. Zbliżyłem się i spojrzałem w ekranik, przedstawiający listę kontaktów. Podświetlony napis ".Andrzej" najbardziej rzucał się w oczy.
- Mój numer. - powiedziałem, wpatrując się w ciąg cyfr pod spodem. - Co z nim nie tak?
- Nie przypominam sobie, żebym go zapisywała.
Spojrzałem na Jej zadziwioną twarz, która wręcz prosiła o wyjaśnienia.
- Może... Może to Konar, znaczy Dawid ci go zapisał?
- W sumie to bardzo prawdopodobne. - przyznała i przycisnęła aparacik do siebie. - Tęsknię za nim.
A pamiętasz w ogóle jak wygląda?, miałem na końcu języka, ale zrezygnowałem z tej uwagi.
- To nic dziwnego, jesteście dla siebie jak rodzeństwo.
- Masz rację. - przyznała smutno.
- Jestem pewny, że niedługo się spotkacie. - po tych słowach spojrzała na mnie z radością w oczach. - Ale teraz jedźmy, dobrze? Nie chciałbym się spóźnić na trening...
- Jasne. - odparła i uniosła się szybko. Chwyciła w rękę materiałową torbę (nigdy wcześniej jej nie widziałem, dawniej nie wzięłaby jej za żadne skarby...) i wyszła, wrzucając do niej komórkę.
Zabrałem swoją torbę i również wyszedłem z domu, znów szamotając się z drzwiami.
One muszą stąd jak najszybciej zniknąć...
Wychodząc, zaciągnąłem się powietrzem. Pachniało ozonem - padało, tak jak mówiła.
Otworzyłem przed Nią drzwi auta, a potem sam to niego wsiadłem. Podałem jej jeden z dwóch kluczy do drzwi frontowych, które dostałem kupując dom. Ruszyliśmy wgłąb Bełchatowa. Lecący z odtwarzacza Timberlake właśnie rozpoczynał pierwszą zwrotkę "Pusher Love Girl", gdy zdecydowałem się zagaić:
- Bełchatów jest naprawdę ładnym miastem. - mówiłem. - Różni się od Bydgoszczy, ale powinno ci się spodobać.
- Sprawdzę to. - powiedziała.
- Zamierzasz wrócić przed południem?
- Chyba nie.
- Mogę cię zabrać do domu samochodem. Będzie ci ciężko wrócić i...
- Powinnam dać sobie radę. - uśmiechnęła się, patrząc na mnie. - W razie czego mam twój numer.
Odwzajemniłem uśmiech, ale z innego powodu, niż mogła pomyśleć.
Przypomniałem sobie, w jaki sposób tak naprawdę go otrzymała. Przylepiłem kartkę z nim do Jej telefonu, po naszej pierwszej rozmowie na Łuczniczce. W tym momencie myślę, jakie to było banalne, lecz wtedy miałem nadzieję, że niedługo się odezwie. Zadzwoniła tego samego wieczoru. Dzięki temu zaczęła się nasza wspólna historia...
Dojechaliśmy na halę, a tam wysiedliśmy z auta.
- Gdyby coś się działo, daj znać, okej? - zawołałem za odchodzącą dziewczyną.
Ta odwróciła się z uśmiechem, przytaknęła i pomachała na pożegnanie.
Wszedłem do budynku, gdzie skierowałem się do szatni i przebrałem w strój treningowy. W międzyczasie przywitałem się w częścią drużyny. Ruszyłem na halę.
- Wrrona! - uniósł się krzyk Kłosa, który szedł przez korytarz. Kiwnąłem mu na powitanie i ponowiłem swój krok. Będąc na pomarańczowo - żółtym parkiecie, zacząłem się rozgrzewać.
Od razu pomyślałem o tym, gdzie może się Ona teraz znajdować. Jej krok był dość szybki i zdecydowany, lecz nie wiadomo, czy nie wystraszyła się czegoś, na przykład ludzi...
- Czemu tak szybko się wczoraj zmyliście? - zapytał odbijający Mikasę o parkiet Włodarczyk.
- Byliśmy po podróży. - wyjaśniłem, a ten prychnął teatralnie.
- Też mi podróż.
- Ona jechała pierwszy raz od bardzo dawna...
- Rozumiem. - powiedział, łapiąc piłkę w ręce. - Miłośniczka Bydgoszczy?
- Można tak powiedzieć. - o ile to, co Ją spotkało można podpiąć pod słowo "miłość"...
- Trafił swój na swego, co? - zaśmiał się i podszedł fizjoterapeuty, który właśnie wszedł na halę.
W sumie miał rację, Bydgoszcz była dla mnie naprawdę szczególnym miejscem. Tam zaprzyjaźniłem się z Konarem, rozwinąłem się sportowo i właśnie tam spotkałem Ją...
Zapragnąłem wyjechać, iść do przodu, rozwijać się. I tak też dotarłem aż tutaj, do Bełchatowa.
- Cienias. - usłyszałem za plecami głos Kłosa, który po chwili pojawił się koło mnie. Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem. - Pierwszy się wczoraj zmyłeś, powinno być ci wstyd.
- Wręcz płonę! - zironizowałem z uśmiechem. - Nie byłem przecież sam, a ona była już zmęczona.
- No tak, zapomniałem. - przyznał. - Właśnie, jak tam między wami?
- Karol, mówiłem ci, nie jesteśmy razem. - mówiłem, biorąc piłkę i stając kilka metrów naprzeciw mojego przyjaciela. Podbiłem piłkę i przekazałem mu ją.
- A nie chciałbyś, żeby tak było?
- Czy ja wiem... - próbowałem udać zamyślenie. - Może.
- Naprawdę ci się dziwię. Mieszka u ciebie dziewczyna, która ci się podoba; nawet nie próbuj zaprzeczyć, widzę to. - powiedział szybko wiedząc, że będę chciał mu zaprzeczyć. - Za długo cię znam. Jak dawno temu się rozstaliście?
- W lutym.
- Mamy wrzesień, minęło już sporo czasu. Nad czym jeszcze się wahasz?
- Ona potrzebuje czasu. - powiedziałem.
- Czasu na co?
- Na znalezienie się w Bełku. - i w całym swoim życiu, dodałem w myślach.
Kłos kiwnął głową i w tym samym momencie zawołał nas Miguel. Ruszyliśmy w stronę trenera.
"Potrzebuje trochę czasu", ale czy na pewno jedynie Ona?



Przyjdziesz dzisiaj wieczorem z Anastazją? - zapytał Karol, gdy zarzucałem na ramię torbę.
- Już się za nią stęskniłeś? - zaśmiałem się, ale w brzuchu poczułem nieprzyjemne ukłucie.
- Pewnie, wręcz nie mogę zasnąć przez brak jej obecności. - rzekł wsuwając lewą stopę w buta. - Przyjeżdża dzisiaj Ola, może razem gdzieś wyjdziemy albo...
- Ostatni raz w czasie jej wizyty spędziłem z wami naprawdę dużo czasu, aż mi było głupio z tego powodu.
- Przecież my sami ciebie zaprosiliśmy. - oburzył się.
- Racja, ale nie na cały weekend. Przecież wy przeze mnie nie mogliście prawie porozmawiać na osobności. Poza tym chciałbym spędzić z nią trochę czasu, wiesz, sam na sam.
- Chyba rozumiem. - zaśmiał się. - W takim razie gdyby wam się odmieniło i chcielibyście wpaść, zapraszam.
- Dzięki. - uśmiechnąłem się do przyjaciela. Mogłem na niego zawsze liczyć. - Trzymaj się.
Wyszedłem z szatni. Byliśmy już po popołudniowym treningu, zatem odetchnąłem głęboko. Mija ulga nie trwała jednak zbyt długo. Ponownie tego dnia pomyślałem o Niej. Była już osiemnasta, a ona nie dawała oznak życia. Oczywiście miałem wielką nadzieję na to, że sama wróciła do domu albo czeka na mnie przy samochodzie, ale lęk cały czas się wzmagał.
Wyszedłem na zewnątrz i rozejrzałem się wokół; ani śladu Jej postaci. Cóż, może wróciła do domu sama, o drogę na osiedle zawsze można zapytać przechodniów.
Wszedłem do auta, odpaliłem silnik i ruszyłem. Chyba pierwszy raz od kiedy przyjechałem do Bełchatowa spieszyłem się do domu.
Gdy byłem już przed drzwiami i pociągnąwszy za klamkę poczułem opór, zacząłem się zastanawiać, gdzie ona jest. Otworzyłem drzwi, po czym wszedłem do środka.
Rzuciłem torbę treningową na podłogę i od razu skierowałem się do Jej pokoju. Nie różnił się on niczym od tego, co zastałem rano.
Z lekkim zawodem wrzuciłem ubrania z treningu do prania i usiadłem na kanapie w salonie.
Przez jakiś czas obracałem telefon w rękach. Spojrzałem na zegar, który wskazywał godzinę osiemnastą czternaście.
Wyszukałem wśród kontaktów numer do Konarskiego i wybrałem opcję "zadzwoń"
- Halo? - nie musiałem długo czekać na odebranie połączenia.
- Cześć. - powiedziałem.
- No siema. - w jego głosie wyczułem wesoły ton. - Co u ciebie?
- W sumie nic ciekawego. - mruknąłem. - A u ciebie?
- Wszystko w porządku, Ania niedługo jedzie do szpitala. Cholera, nie podejrzewałbym, że będę się tak stresować jej porodem. - zaśmiał się.
- Szybko minęło. - skwitowałem radośnie, po czym spoważniałem. - Wiesz w jakim celu dzwonię, tak?
- Tak... -zamyślił się na chwilę. - Chciałbyś się dowiedzieć czegoś na ten trudny temat.
- Więc uchylisz mi rąbka tajemnicy?
- Prawdę powiedziawszy sam o tym nie wiem za dużo. Lekarz tłumaczył mi, że zapomni ona o gwałcie, o depresji, która jej po nim towarzyszyła, w skrócie o całym złu, które ją męczyło. Podobno rozmawiała z nim o tym, co uważa w życiu za dobre, a co złe. To, czego nie chciałaby pamiętać, zapomniała przez jakąś terapię.
- Czyli związek ze mną uważała za coś złego? - westchnąłem, a on zamilkł na chwilę.
- Nie rozumiem o co ci chodzi. - wydukał po chwili.
- Nel nie pamięta, że byliśmy razem. Kojarzy tylko fakt, że się poznaliśmy, spędzaliśmy trochę czasu razem, a potem rzekomo zniknąłem. Odnosi się do mnie z takim chłodem, jakbym co najmniej ją kiedyś zdradził. A tak właściwie, widziałeś ją w jasnych włosach?
- Pofarbowała się?!
- Tak. To znaczy ona uważa, że już bardzo długo ma ten kolor.
- Ostatni raz, gdy ją widziałem, miała jeszcze czerwone. - wziął głośny wdech. - Może miała jakieś złe skojarzenia z tym kolorem?
- Coś w tym może być. - przyznałem. - Będąc na policji po tej sprawie z Olkiem, mówiła o tym, że wąchał jej włosy, twierdząc, że one go do niej przyciągnęły... Wciąż nie mogę uwierzyć, że ona się z nim zadawała.
- Ten psychopata zniszczył jej życie, ale ona i tak czuła smutek po jego śmierci.
- Dawid, a czy jest jakiś sposób, żeby ona... no wiesz, odzyskała pamięć? - zapytałem z nadzieją, a jego westchnięcie mnie zaniepokoiło.
- Obawiam się, że nie.
- W takim razie co ja mam zrobić? Ona mi nie ufa, o ile się mnie nie boi...
- Już nieraz udało ci się odzyskać jej zaufanie, musisz walczyć. - powiedział Konar, a po chwili dodał: - A, tak swoją drogą, gdzie ona teraz jest?
- Gdzieś w mieście. - wypowiedziałem to bardzo szybko, bo wiedziałem jaka będzie jego reakcja.
- Jak to "gdzieś w mieście", nie wiesz gdzie ona teraz jest?! - krzyczał, a gdy nie odpowiedziałem, kontynuował, nieco spokojniejszym tonem: - Powiedz, proszę, że w tym momencie żartowałeś.
- Nie, stwierdziła, że chce dziś zobaczyć miasto, więc pojechała ze mną rano...
- Andrzej, ona jeszcze wczoraj rano siedziała w psychiatryku!
- Uspokój się, zaraz ją znajdę, jasne?!
- Innej opcji nie widzę. - mówił przez zaciśnięte zęby. - Daj znać jak już ci się to uda.
Po tych słowach rozłączył się, a ja ponownie przyłożyłem słuchawkę do ucha, tym razem wybierając jej numer.
Zamarłem; Jej telefon nie odpowiadał.
Nie czekając dłużej, chwyciłem kluczyki od samochodu, zamknąłem dom i zbiegłem do pojazdu.
Odpaliłem silnik i wyjechałem. Pomyśl, gdzie ona mogła pójść, mówiłem do siebie w myślach... Dawniej na pewno wybrałaby jakieś odludzie, ale teraz... Kto wie, gdzie może przebywać? To stosunkowo małe miasto, ale nigdy nic nie wiadomo.
Jeździłem powoli po całym mieście, nieraz przez to wytrąbywany przez innych kierowców. Kiedy nie spotkałem Jej w większości znanych miejsc w mieście, zaparkowałem samochód w samym centrum. Przeszedłem się kawałek wzdłuż głównej ulicy, obserwując bacznie wszystkie okna sklepów i kawiarni.
Zauważyłem jedną z bocznych uliczek, która prowadziła do niewielkiego parku. Pobiegłem do niego ile miałem sił w nogach.
Kierując się jasnymi, piaskowymi drogami, szedłem przez zadrzewiony teren i wciąż Jej nie widziałem.
Koniec drogi doprowadził mnie nad jezioro.
Siedziała na ławce, od razu rozpoznałem Jej postać. Poszedłem cicho i dosiadłem się.
- O, cześć. - powiedziała cicho, gdy mnie zauważyła.
- Miałaś zamiar wrócić dziś do domu?
- Tak, oczywiście, ale... - spojrzała na jezioro. - Tu jest tak wyjątkowo.
- Masz rację. - uśmiechnąłem się, patrząc na jej twarz. Była pełna radości, jak dawniej. - Martwiłem się o ciebie.
- Dlaczego? - zmarszczyła brwi.
- Długo nie wracałaś, a twój telefon nie odpowiadał. - mówiłem. - Bałem się, że coś ci się stało.
- Wybacz, nie naładowałam go. - spojrzała mi w oczy. - Ale nic mi się nie stało.
- Wiem. - tonąłem w jej tęczówkach coraz bardziej. - I bardzo się z tego powodu cieszę.
Między nami nastała cisza, w czasie której nieprzerwanie wpatrywaliśmy się w siebie. Była taka piękna, taka delikatna...
Bałem się jednak chociażby złapać Ją za rękę. Nie wiedziałem jak zareaguje, a nie chciałem już kompletnie stracić jej zaufania.
- Może moglibyśmy już wrócić do domu? - odezwała się.
- Tak, chodźmy. - wstałem z ławki i po chwili szliśmy już powoli w stronę samochodu. Gdy byliśmy w drodze, zacząłem rozmowę: - Gdzie byłaś przez te wszystkie godziny?
- Zwiedzałam miasto. Jest naprawdę piękne, zwłaszcza sztuka, którą tu widać.
- Wciąż interesujesz się nią?
- Tak i bardzo żałuję, że musiałam przerwać studia.
- Być może kiedyś je kontynuujesz?
- Możliwe, ale... w sumie to przez nie trafiłam do szpitala.
Zdębiałem. To tak Jej wytłumaczyli to wszystko...
- Przez studia?
- Tak, przez nie. - mówiła poważnie. - Ludzie byli okropni, a ilość nagromadzonego materiału mnie przerastała. Wpadłam w depresję, z której mnie po prostu wyciągnęli.
Kiwnąłem głową na znak zrozumienia. Zbliżyliśmy się do auta, toteż otworzyłem przed Nią drzwi, wsiadłem sam i włączyłem silnik.
Po jakimś czasie byliśmy już pod domem. Weszliśmy do środka, a ona od razu poszła do siebie.
"Jesteśmy już w domu" napisałem do Konara, mając nadzieję, że od naszej rozmowy nie powypadały mu wszystkie włosy na głowie.
"Całe szczęście. Trzymaj ją blisko przy sobie, bo długo tak nie uciągnę :D"
Zaśmiałem się pod nosem. Dawid zawsze był dla niej nadopiekuńczy i to się nigdy nie zmieni.
Spojrzałem ukradkiem do Jej pokoju. Siedziała na łóżku, w rękach trzymając swój szkicownik. Widziałem w jej oczach wzruszenie.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w głębi jest tą samą Nel, którą znałem wcześniej.
Być może uda mi się chociaż w części Ją odzyskać?
Pewnym krokiem ruszyłem ku Niej. Stojąc w miejscu tego nie dokonam...


---------------------------------
Halo, jest tu ktoś?
Jest piątek, 27 lipca, a ja dodaję rozdział po dwumiesięcznej przerwie, spowodowanej brakiem weny i chęci, przepraszam.

Jak Wam mijają wakacje? Mam nadzieję, że dobrze. :>

(Nawet już zapomniałam co powinno się tu pisać -_-)

Moje obietnice odnośnie szybkich powrotów są zwykle niedotrzymywane, ale teraz naprawdę postaram się ją spełnić.

Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam,
Misu.

niedziela, 1 czerwca 2014

#2 Pozwól naprawić mi, to co we mnie zepsute.




Szłam szybkim krokiem obok Andrzeja, wpatrując się w płyty chodnikowe, które wciąż pojawiały się przed moimi oczyma. Droga przez osiedle zdawała się nie kończyć, lecz dzięki temu miałam chwilę na przemyślenia.
Sama nie wiem dlaczego się na to zgodziłam. W  momencie, gdy Wrona powiadomił mnie o grillu, byłam zdecydowana na odmowę, jednak gdy już otwierałam usta, by wypowiedzieć kilka słów odmowy, nabrałam chęci na spotkanie się z przyjaciółmi Andrzeja. W sumie nie poznawałam się z nikim od dłuższego czasu, pomijając nowych pacjentów w szpitalu.
Z jego twarzy wyczytałam, że porządnie go zszokowałam. Nic dziwnego, wciąż mu nie ufałam i nie ukrywałam tego. Momentami jego zachowanie było nienormalne, ale mimo wszystko zdecydowałam, że postaram się go polubić. To przecież nie może być takie ciężkie, kiedyś mi się to udawało. Lubiłam go, nawet bardzo, do czasu, gdy nagle zniknął. Wtedy moja niechęć wobec niego rosła, aż przestałam się nim przejmować.
Spojrzałam ukradkiem na twarz szatyna, a on, jak gdyby tylko na to czekał, odwrócił ku mnie głowę. Na moment nasze oczy się spotkały.
Początkowo nie mogłam z nich nic wyczytać, ale z czasem pojawiła się w nich radość. Nie była ona szyderstwem czy rozbawieniem - ujrzałam w niej przyjazny gest, jakby chciał mi dać coś do zrozumienia.
Jego usta wykrzywiły się.
- Muszę cię ostrzec przed nimi. - zagaił, nie przestając się uśmiechać.
- Dlaczego? - zapytałam, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Ich zachowanie niekiedy jest dosyć... dziwne. - mówił, a gdy wciąż patrzyłam na niego w ten sam sposób, kontynuował: - Rozumiesz, nasze spotkania nie wyglądają jak wszystkie inne.
- A jak wyglądają inne? - zmarszczyłam brwi. Chłopak roześmiał się cicho, ale gdy zrozumiał, że nie żartuję, spoważniał. Nie odpowiedział.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.
Doszłam do wniosku, że byliśmy prawie na miejscu, gdy usłyszałam nieco za głośne męskie głosy i muzykę. Gdy wybuchy gardłowego śmiechu stawały się coraz bliższe, zaczęłam żałować, że zgodziłam się tu przyjść...




No tak, pomyślałem gdy docieraliśmy na miejsce, czego mogłem się spodziewać; cichego, spokojnego grilla? A może ich nienagannego zachowania?
Musiałbym ich nie znać, żeby mieć na to nadzieję.
Przeprowadziłem się tu niedawno, lecz zdążyłem już dobrze poznać całą drużynę. Znałem ich wcześniej z siatkarskich parkietów, a niektórych z dawnych drużyn, ale większość dopiero teraz kojarzyłem z czymś innym, niż klubowy czy reprezentacyjny strój.
Kątem oka spojrzałem na Nią. Marszczyła brwi z niepojmującym nic wyrazem twarzy. Wciąż nie mogłem zrozumieć...
- Wronka! - wesoły głos Zatorskiego przeszedł powietrze, gdy tylko pojawiliśmy się niedaleko domu. Po chwili do furtki biegł truchtem gospodarz; Jej sylwetka ledwo zauważalnie cofnęła się.
Spojrzałem na Zatorskiego, który wciąż się zbliżał, a im mniejsza była odległość między nami, tym bardziej jego twarz przyjmowała zszokowanego wyrazu. Będąc na wyciągnięcie ręki, zwrócił się do mnie.
- A już myślałem, że nie przyjdziesz. - zaśmiał się i otworzył bramkę. Podał mi dłoń, którą od razu uścisnąłem. - Dobrze, że jednak jesteś, a nawet zabrałeś ze sobą dodatkową osobę. - rękę skierował do niej. - Paweł.
- Miło mi. - uniosła jeden kącik ust w górę.
- To co, idziemy dalej? - gestem zaprosił nas w głąb ogrodu.
Z lekko uniesioną głową weszła na podwórko, a ja tuż za nią, po czym we troje ruszyliśmy po zadbanej, zielonej trawie.
Stawiała kroki z lekką trudnością, czułem, że jest zmęczona; a mimo wszystko zgodziła się tu przyjść...
Gdy wchodziliśmy w głąb posesji, usłyszałem znajome głosy i muzykę. Jej chód nie był już tak pewny siebie, na moment przystanęła w miejscu.
- Przecież cię nie zjedzą. - odezwałem się cicho, odwracając ku Niej głowę.
- Wiem. - powiedziała, po czym ściągnęła usta w jedną linię. Ponownie ruszyła.
Zbliżyliśmy się do ich grona, gdzie powitano nas, o dziwo, w miarę spokojnie. Jedynie po zobaczeniu Jej u mojego boku, zauważałem u nich zdziwienie. Nic dziwnego; nie wiedzieli nawet, że wyjeżdżam. Nie widziałem sensu mówienia o tym, dlatego od razu po porannym treningu ruszyłem w drogę, a jej czasie powiadomiłem Miguela o mojej nieobecności na popołudniowym.
Gdy tylko zajechałem do Bydgoszczy, zatelefonowałem do Konara, by on poinformował jej lekarza o moim przybyciu (do teraz nie mam pojęcia jakim cudem to on zapytał mnie, czy nie będę chciał Ją zabrać ze sobą, zamiast zabrać do siebie, do Rzeszowa) i wróciłem do Bełchatowa.
W taki oto sposób była w tym momencie tu, ze mną. Spojrzałem na jej twarz, na której zagościł lekki uśmiech. Spotkaliśmy się wzrokiem; na moment zapomniałem o tym, że jesteśmy już u Zatiego, a nie w moim domu. Do pionu przywrócił mnie śmiech Antigi, który rozmawiał właśnie z Wlazłym.
- Chodź, usiądźmy. - wskazałem jej wolną drewnianą ławkę. Kiwnęła głową i poszła ze mną.
Usiadła, opierając ręce na udach i zwieszając głowę w dół, przez co nie widziałem Jej twarzy.
Dlaczego tak bardzo się zmieniła? Konarski wspominał o tym, że czeka Ją ważna terapia i zapomni o Olku, ale nie mówił o tym, że zapomni też o mnie, o nas... Powinienem to jak najszybciej wyjaśnić, ale póki Ona jest z pobliżu, nie mogę tego zrobić.
- Co u was słychać? - wesoły głos Kłosa zwiastował jego szybkie pojawienie się. Po chwili siedział już koło Niej. - Przyszliście tu i nawet się nie odezwiesz, Andrzeju, pierwszy.
- Och błagam, Karolu, o przebaczenie! - złożyłem dłonie jak do modlitwy, a on zaśmiał się dość głośno; o dziwo, Jej wzrok powędrował ku górze i spoczął na moich rękach.
- Przemyślę to. - uśmiechnął się szeroko. - Gadałem wczoraj z Falascą...
- Co ty? Jak się do niego dostałeś? - pokręciłem z niedowierzaniem głową. Dziewczyna zaczęła patrzeć na nasze twarze.
- Castingi były ciężkie, ale dostałem cudem dwa razy na "tak". Rzecz w tym, że niedługo ktoś ma się pojawić na treningach, będą przeprowadzać wywiady i tym podobne.
- Cudnie. - skwitowałem. Tylko tego mi brakowało.
Jasne, w siatkówce znajduje się miejsce dla mediów, ale nie lubię, gdy ktoś przeszkadza mi w treningu.
- Nie będzie tak źle. - powiedział, po czym zwrócił się do Niej. - Ty nie jesteś stąd, co nie?
- Nie, nie jestem. - odrzekła patrząc na niego. Karol najwidoczniej czekał na dalszą odpowiedź, lecz nic na nią nie wskazywało. Przerwał więc ciszę:
- w takim razie co cię tu sprowadza?
- Sama nie wiem... - znów milczenie. Posmutniała, widziałem, że była niespokojna, a Jej szczęka prawie sie trzęsła, więc postanowiłem wkroczyć:
- Wiesz, nowe miasto, ludzie, prawie jak nowe życie! - zaśmiałem się w głos. - Każdy czasem potrzebuje takiej ucieczki.
- Przydałaby mi się taka ucieczka. - westchnął teatralnie.
- Początek sezonu jest wręcz idealnym na nią momentem, trenerowi się to spodoba. - powiedziałem, a on mruknął coś pod nosem i upił łyk piwa.
- Hej! - usłyszałem wesoły damski głos, który nie należał do Niej. Spojrzałem na rozpromienioną twarz Magdy, dziewczyny Pawła. - Nie wyobrażacie sobie ile korków jest na drodze z Warszawy do Łodzi, istny koszmar!
- Nie ma się co dziwić, przecież jest piątek. - odezwał się Karol.
- No tak, masz rację. - przyznała, po czym utkwiła wzrok w Niej. - Wcześniej się nie widziałyśmy, prawda? Jestem Magda, ledwo co przyjechałam.
- Domyśliłam się. Anastazja. - ścisnęły dłonie.
- Cudowne imię! - skomentowała z zachwytem. Zgadzałem się z nią w stu procentach.
- Nie sądzę, by było czymś... cudownym. - mruknęła sama posiadaczka.
- Och, przesadzasz! - Magda była znana z wytrwałości i tym razem także nie dawała za wygraną. - Mam prośbę, pomogłabyś mi trochę w kuchni? Potrzebuję kobiecej ręki.
- Jasne. - wzruszyła ramionami i wyszła za idącą do domu kobietą. Odprowadzałem ją wzrokiem, póki zupełnie nie zniknęła z mojego pola widzenia. W tym samym momencie Kłos wepchnął mi w dłonie butelkę piwa.
- Masz, bo sam chyba nie wziąłbyś go nigdy. - powiedział. Zaśmiałem się, odrzucając kapsel. Karol spojrzał na mnie z rzadkim u niego, poważnym wyrazem twarzy. - Kim właściwie ona jest?
Zamarłem na moment, lecz nie dałem tego po sobie poznać.
- Ale kto? - wziąłem łyk gorzkawego napoju.
- Ta Anastazja. - odrzekł.
- To długa historia.
- Łatwa była?
- Karol, błagam cię! - pokręciłem ze śmiechem głową.
- No przecież wiesz, że żartuję! - uniósł ręce w obronnym geście. - ale tak naprawdę, skąd się znacie? Chyba nie wspominałeś mi o niej.
- Poznaliśmy się w Bydgoszczy, w czasie sezonu spotykaliśmy się przez pewien czas.
- Ale już się nie spotykacie? - miałem wątpliwości, czy ktoś nie zamienił przypadkiem mojego przyjaciela na jakiegoś reportera.
- Tak wyszło. - odpowiedziałem wymijająco.
- To w takim razie po co tu z nią przyjechałeś? - dziwił się.
- Ktoś mnie w sumie o to poprosił. - powiedziałem, a gdy już otwierał usta by spytać o kogo chodzi, dodałem: - Konar.
- Niby dlaczego?
- Bo to jego... - podrapałem się po karku. - jego kuzynka.
Zatkało go, widziałem to w szeroko otwartych, jasnych oczach.
- Kręciłeś z kuzynką Konara?! - kiwnąłem głową twierdząco. - I jeszcze żyjesz?
- On to zaakceptował - wyznałem. - a nawet nas wspierał. Łączyło nas naprawdę wiele.
Uśmiechnąłem się, gdy do głowy zaczęły napływać wspomnienia. Kiedy pierwszy raz ją ujrzałem, wiedziałem, że nie jest taka jak każda inna kobieta; miała w sobie coś, co przyciągało mnie niczym magnes. Z czasem przekonywałem się, że ta z pozoru twarda, opryskliwa dziewczyna skrywa w sobie delikatną, zranioną duszyczkę. Im dłużej ją znałem, tym bardziej potrzebowałem jej obecności, aż zupełnie się z niej zatraciłem, pokochałem ją...
- W takim razie czemu już nie jesteście razem? - z rozmyślań wyrwał mnie głos Kłosa.
Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć. Prawdę? Chyba nie zrozumiałby jej.
Z odsieczą nadeszły mi wychodzące z domu kobiety. Jej wzrok podążył ku niebu, zatrzymał się na chwilę, po czym wrócił na ziemię, a Ona podeszła do drewnianego stołu i postawiła na nim półmisek z sałatką, którą prawdopodobnie zrobiły.
- Andrzej? - Karol wciąż doczekiwał się odpowiedzi.
- Pogadamy o tym później, nie chciałbym, żeby nas słyszała.
- Jasne. - powiedział cicho. - Teraz nigdzie nie wyjeżdżasz, tak?
- Nie, muszę skupić się na grze. - odpowiedziałem.
- I na niej - wskazał ręką na szatynkę, która rozglądała się na boki, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
- Przestań. - zaśmiałem się, choć wcale nie było mi do śmiechu. Ten temat był bardzo... wrażliwy.
- Widzę, że ci na niej zależy. - mówił. - Nie chcesz o to walczyć?
- Teraz nie jestem w stanie podjąć decyzji. - urwałem krótko.
Znałem odpowiedź; pragnąłem o to walczyć z całej siły, byłem w stanie poświęcić wszystko...

Jej bliskość, możliwość obserwowania każdego ruchu, zachowania... Mimo tak wielkiej zmiany cieszyło mnie to wciąż tak samo. Brakowało mi tego.
Dziewczyna dzisiejszego wieczoru odezwała się do mnie tylko kilka razy. Przypomniałem sobie, jak było dawniej, gdy spędzaliśmy ze sobą całe dnie, gdy wieczory mijały nam na oglądaniu głupawych filmów, spacerowaniu po Bydgoszczy lub wspólnym słuchaniu muzyki. Przypomniałem sobie wizyty w jej domu, potem w moim. Tak bardzo sobie ufaliśmy...
A teraz siedziała koło mnie, nic nie pamiętając; zupełnie jakbyśmy razem nie zaistnieli nigdy.
Zabawne - czułem się najbardziej poszkodowany w tej całej chorej sytuacji. Dobrze wiedziałem, że tak nie jest, ale nie mogłem do siebie przyjąć tego, co się działo.
Wciąż siedzieliśmy w ogrodzie Zatiego. Od czasu do czasu wymieniłem z kimś kilka zdań, śmiałem się, gdy wymagała tego sytuacja, ale wewnętrznie nie odczuwałem radości, która pojawiała się na mojej twarzy. Chciałem być tylko przy Niej...
- Niedługo będzie padać. - odezwała się niespodziewanie. Jej głos, choć cichy i niepewny, kompletnie mnie zszokował.
- Mówisz? - przytaknęła głową. Spojrzałem na niebo, na którym pojawiło się kilka chmur. Zaczynało się ściemniać, świerszcze zaczęły już cykać, a towarzystwo coraz lepiej się bawić.
- Lubię deszcz. - wyznała, lekko się uśmiechając. - W szpitalu, gdy zaczynało padać, siadałyśmy z Kingą przy oknie i słuchałyśmy szeptu kropel. Mówiły naprawdę pięknie.
Uśmiechnąłem się; pierwszy raz powiedziała coś, co nie było zbywającą mnie odpowiedzią.
- Nie wątpię w to. - odrzekłem.
- Może powinniśmy się chociaż schować?
- Jeśli chcesz, możemy nawet wrócić do domu. - powiedziałem.
- Zgoda, wróćmy. W sumie jestem zmęczona podróżą, a chciałabym jeszcze porozmawiać z Dawidem.
- W takim razie zbierajmy się. - uśmiechnąłem się, podając jej dłoń. Zastanawiała się, czy skorzystać z pomocy, lecz ostatecznie uniosła się sama. Zrobiłem to samo, po czym podeszliśmy do gospodarza.
- Musimy już iść - powiedziałem do Zatorskiego, u którego boku była Magda. - Trochę dziś przebyliśmy i...
- Jasne, rozumiem. - przytaknął libero.
- Trzymajcie się. - pożegnałem się, po czym wyszliśmy na ulicę. Ona nie powiedziała nic.
Szliśmy w ciszy, którą w obawie przerwałem.
- Podobało ci się? - zapytałem.
- Nie wiem, chyba tak. - wyznała.
- Dlaczego nie wiesz?
- Nie byłam na innych grillach, nie potrafię tego do niczego porównać.
- Rozumiem. - mruknąłem.
- Twoi znajomi są mili, ale miałam wrażenie, że są tacy na siłę. - powiedziała. - W rzeczywistości zapewne myśleli o mnie źle.
Zatkało mnie.
- Nie - wydukałem. - na pewno tak nie było.
Ona tylko uśmiechnęła się pod nosem i do końca drogi nie odezwała się ani słowem.
Kiedy byliśmy już w domu, zapowiedziała, że będzie rozmawiała z Konarem, zatem poszedłem pod prysznic. Wychodząc, usłyszałem jej wesoły głos, a po chwili śmiech. Już zapomniałem jak brzmi.
Poszedłem do siebie i chwyciłem w dłoń telefon.
"Mam nadzieję, że wytłumaczysz mi jakoś sensownie, co się dzieje?", napisałem do Konarskiego.
"Chodzi o Nel?"
"Tak. Nie chciałem tego wyciągać od Ciebie szybciej, ale już sam nie wiem jak się zachowywać..."
"Pogadamy jutro, obiecuję."
Odłożyłem ze zrezygnowaniem komórkę. Do moich uszu dotarł dźwięk puszczanej pod prysznicem wody; położyłem się na łóżku i założyłem dłonie za kark.
Nie myślałem o niczym. To wszystko było dla mnie za straszne, by o tym rozmyślać.
Drzwi od łazienki się otworzyły, a następnie weszła do Jej pokoju. Poczekałem chwilę, po czym się tam udałem.
- Jak się czujesz? - zapytałem wchodząc do pokoju.
- Lepiej. - odpowiedziała, szukając czegoś w walizce, którą przywiozłem z Bydgoszczy.
- Może czegoś potrzebujesz?
- Nie, dziękuję. - uniosła jeden kącik ust w górę. i przeczesała dłonią włosy.
- Dlaczego tak właściwie zmieniłaś kolor włosów?
- O czym ty mówisz? - spojrzała na mnie, jakbym powiedział co najmniej coś o inwazji obcych. Zrozumiałem.
- Ostatnio wydawały mi się... ciemniejsze. No, ale to była zeszła wiosna, po zimie włosy zawsze są innego koloru.
- Oj, Andrzej. - uśmiechnęła się. - Nie zmieniałam przecież nic w swoim wyglądzie od bardzo dawna.
- Oczywiście. - mruknąłem pod nosem. - Idźmy już spać, oboje jesteśmy zmęczeni.
- Z miłą chęcią. - ułożyła się wygodnie w łóżku i zamknęła oczy. - Dobranoc.
- Dobranoc. - powiedziałem i ruszyłem ku wyjściu. W progu zatrzymałem się i spojrzałem na jej spokojną twarz.
Mógłbym tak stać nawet i całą noc, oglądając jak śpi, ale nie chciałem jej od siebie odepchnąć czy wręcz odstraszyć.
Ruszyłem do siebie, mając nadzieję, że jutrzejszy dzień pomoże mi COKOLWIEK zrozumieć...


--------------------------------------------------
Należy mi się porządny opieprz. Czy usprawiedliwienia są przyjmowane?
Oj, uwielbiam blogspota - usuwanie moich grafik z stron to chyba jedno z jego ulubionych zajęć. :D

Przepraszam za jakość tego u góry, ale jakoś nie potrafię zabrać się do pisania...

Cudowne rozpoczęcie przez Polaków Ligi Światowej! Oby tak dalej. :D

Swoją drogą, niech ktoś mnie, proszę, kopnie, bo powinnam zabrać się za bohaterów, tło, czytanie, pisanie i robienie milion innych rzeczy. :(

Postaram się tu pojawić szybciej niż ostatnio.

Misu. :)